Polityka na wypalonej ziemi

Lis 26, 2011   //   by Bartosz Józwiak   //   Artykuły, Blog, Publicystyka  //  Brak komentarzy

Polityka na wypalonej ziemi Jeszcze nie rozpoczęła się na dobre kadencja nowego Sejmu, a już dał o sobie znać „barbarzyński duch” części nowych posłów. Zdaje się, że niektórzy z nich kompletnie nie rozumieją, gdzie i dlaczego się znaleźli, więc niczym troglodyci na salonach próbują zniszczyć wszystko, czego nie są w stanie zrozumieć. A jak widać rozumieją bardzo niewiele.

Od dnia wyborów, „usłużne dziecko” Donalda Tuska, Janusz Palikot, wraz ze swoją „komediową trupą” rozpoczął pierwszy „merytoryczny bój” parlamentarny. Będzie wyrzucał z sali sejmowej Krzyż. Ba, wyrzuci go z całej przestrzeni publicznej, przecież dla niego symbolem jest świński ryj i sztuczny penis – widać, jaki człowiek taki symbol. Pomijam już całą otoczkę pseudointelektualnego bełkotu, jaki ma tutaj robić za argumenty na rzecz takiego działania, gdyż o głupocie lepiej nie mówić (szczytem intelektualnych manowców było stwierdzeni samego winiarza z Biłgoraju, że „Krzyż jest symbolem partyjnym, kojarzy się z PiS”; cóż niektórym wszystko kojarzy się z seksem, innym z PiS, ale każdorazowo jest to przypadek medyczny, który w szczególnych okolicznościach, a chyba tu mam z takimi właśnie do czynienia, nie kwalifikuje się już do leczenia, ale do stałej izolacji w zakładzie zamkniętym). Zresztą równa do tego szeregu także aborcyjna pomocniczka i osoba znana z kłamstw wypowiadanych na sali sejmowej, a dziś chyba dla jeszcze większego upokorzenia Polski, zasiadająca z woli Donalda Tuska i posłów PO na fotelu Marszałka Sejmu (ciekawe, na jakie jeszcze układy z własną moralnością pójdą tzw. „konserwatyści” z PO? Ile srebrników warta jest dla nich Polska i zwykła uczciwość?). Powinniśmy jednak zrozumieć, że to, co dzieje się teraz w kwestii obecności krzyża w Sejmie RP i religii w przestrzeni publicznej, jest pokłosiem kilku bardzo istotnych zaniechań i błędnych wyborów z przeszłości. Z jednej strony jest to efekt wycofanej postawy Kościoła oraz wielu jego wiernych. To efekt zachłyśnięcia się nowinkami, godzenia się na relatywizację zasad etyczno-moralnych, uleganie modernizacji doktrynalnej, godzenie się na wycofywanie wiary z przestrzeni publicznej (każdej wiary, nie tylko rzymsko-katolickiej, choć tej w największym wymiarze, gdyż Polska jest tradycyjnie krajem katolickim) oraz negację istnienia zła i kary za nie. Tu największa odpowiedzialność miała spoczywać na Kościele Katolickim, który chyba nie dźwignął tego ciężaru (do jego wnętrza swąd nie wkradł się, jak to określał Paweł VI, przez uchylony dla przewietrzenia lufcik, ale wmaszerował po czerwonym dywanie przez szeroko otwarte wrota w asyście wiwatów i ukłonów). A ostrzegał ks. Piotr Skarga „A najszkodliwsi są katolicy bojaźliwi i małego serca, którzy gniewem się sprawiedliwym i świętym ku obronie czci Boga swego nie zapalają (…) i jako straszydła na wróble stoją” (gdzie w świetle tych słów jest miejsce dla ks. Bonieckiego? Kim jest ten człowiek?). Ale opisywana sytuacja jest też efektem ogólnego zatarcia granicy dobra i zła, które następowało poprzez permanentne gloryfikowanie wyboru trzeciej drogi. Wprowadzono do przestrzeni wyborów moralnych pojęcie szarości, dając usprawiedliwienie brakowi dążenia do doskonałości i zaprzestaniu wymuszania wybierania pomiędzy dobrem, a złem (ukuto stwierdzenie wytrych: to nie jest takie proste i jednoznaczne). Ten wybór drogi pośredniej, który może być od biedy uznany za prawidłowy w innych aspektach (np. gospodarka – ale i tu miałbym poważne wątpliwości, co do skuteczność takiej postawy), w świecie etyczno-moralnym prowadzi prostą drogą do nihilizmu oraz zaburzenia oceny tego, co jest złe, a co dobre. Ostatnią przyczyną takiego stanu rzeczy jest też zupełne oddanie pola w dziedzinie kultury oraz wynikającego z niej „rządu dusz”, czy panowania nad kształtowaniem umysłów kolejnych pokoleń wszelkiej maści lewactwu w jak najskrajniejszych wersjach. Z tych powodów obserwowane dziś zjawiska nie mogą specjalnie dziwić. Nie jest rzeczą zaskakującą, że poparcie zbierają ruchy ekstremalnie lewicowe, czy może lepiej libertyńskie, promujące pełną swobodę działania. Ta anarchia światopoglądowa łączy się dodatkowo z upadkiem wiedzy i logicznego, samodzielnego myślenia. Albowiem nie możemy posiąść wiedzy wartościowej, gdy nie umiemy selektywnie absorbować z natłoku informacji elementów istotnych. Kiedy nie mamy zakodowanej oceny faktów oraz wyłapywania fałszerstw. To wszystko widać także w innych dziedzinach. W nauce jest to np. efektem wprowadzenia podobnych standardów zamazywania granicy pomiędzy wiedzą prawdziwą, a zwykłymi bzdurami (tu możemy sięgnąć do rozumienia wolności wygłaszania na uczelniach wszelkich poglądów, jakie prezentuje dr hab. Ireneusz Krzemiński, któremu zdaje się uczelnie pomyliły się z Hyde Parkiem).

Efektem tego sprzężenia, dewaluacji umiejętności oceny i podejmowania decyzji, staje się pokolenie dryfu. Takie, które daje się nieść z prądem, bo tak jest wygodnie i przyjemnie (nie ważne, że żyje się już na koszt własnych wnuków, których pewnie zakochani w aborcjoniźmie „nowocześni i wygodni” mieć nie będą). Pokolenie, które kompletnie nie pojmuje życia jako wartości nadrzędnej, ale jednocześnie połączonej z odpowiedzialnością i obowiązkami (żyjemy bowiem nie tylko dla własnej przyjemności, ale aby wykonać daną nam pracę, w tym także dbanie o kolejne pokolenia, które winny być naszym największym wkładem w cywilizację). A to właśnie pokolenie z kolei stanowi choćby podstawę sukcesu takich tworów jak Ruch Poparcia Palikota z jednej strony, ale też bardzo niebezpiecznych, choć ciągle niedocenianych, „ruchów sprzeciwu”, które zaczęły demolować Europę (na razie tylko na próbę, ale co będzie dalej?), nie w imię jakiejś idei czy zasady, ale dla czystej formy rewolucyjnego burzenia. Oni nie mają poglądów i nie wiedzą, o co idzie gra, to bawiąca się w rewolucję masa. Ale ktoś będzie tymi masami kiedyś kierował, więc radziłbym bacznie się przyglądać i zapobiegać radykalizacji sytuacji pod wodzą jakichś trockistowskich szaleńców. Każdy bunt można bowiem przekuć albo w dramat rewolucji, albo w pozytywny ruch twórczy. RPP swoim wystąpieniem przeciwko Krzyżowi, rozpoczął zaplanowaną dla siebie formę działania, czyli absorbowania opinii publicznej i innych ugrupowań sejmowych ostrymi, emocjonalnymi debatami na bardzo drażliwe tematy. Ich przeznaczeniem jest odrzucanie i dewaluowanie wszelkich zdobyczy cywilizacyjnych ludzkości (czy to ma przykryć niepopularne działania rządu Donalda Tuska? Może przyszedł dla nich czas spłacenia długu swojemu „twórcy”?). Ale jednocześnie ważne jest to, że dla pokolenia nihilistów, jakich sobie wychowaliśmy, a jacy w tym momencie osiągają kulminacyjny punkt swojego znaczenia (tu mieszczą się i zwolennicy Palikota i zwolennicy Tuska – obie grupy cechuje bowiem bezrefleksyjne chwytanie chwili i brak myślenia długofalowego), wspomniane wyżej „palikotowe priorytety” są ważne. Z tego powodu nie bardzo powinniśmy się zastanawiać, kiedy nastąpi ostateczne oblężenie „obozu świętych (przytaczając świetną prozę Jeana Raspail’a), tylko zrozumieć, że już dziś jesteśmy oblężeni, a na zgliszczach starej Europy tańczą barbarzyństwo z miernotą. Bo cały czas żyjemy w momencie tryumfu „zachodnioeuropejskiego pokolenia 68”, ale też pozwoliliśmy im zdeprawować kolejne pokolenie. Im szybciej tradycjonaliści, konserwatyści, duchowni itd. zrozumieją, że dziś wojna nie może być wygrana zwykłymi argumentami, bo te dla „nowych Hunów” są niezrozumiałe, ale że trzeba zejść do fundamentów społeczeństwa, zacząć pracę u podstaw, budując pokolenie przygotowane do odbioru przekazywanych im wartości (w realnej polityce do tego czasu trzeba stawiać zaciekły opór i bronić tego, co jeszcze zostało ze „świątyni tradycji i wolności” po to, aby było na czym ją odbudować). Musimy wychować pokolenie pełnowartościowe, w oparciu o które będzie można odwojować świat. Ale potrzeba do tego wejścia na zaniedbywane przez prawicę pole kultury i wyplenić stamtąd chwast lewactwa. Jeśli tego nie zrobimy to ciągle będziemy tylko patrzeć na to jak nasz świat umiera. Pamiętajmy bowiem, że choćbyśmy stworzyli niewiadomo jak wolne państwo i dali ludziom niewiadomo jak wielkie wolności, to, jeśli wcześniej nie oprzemy tego na konkretnych wartościach (w naszym przypadku konserwatywnych, wypływających z tradycji chrześcijańskiej Europy), to zbudujemy tylko kolejny model społeczeństwa barbarzyńskiego. Kapitalizm sam z siebie nie rodzi zasad etyczno-moralnych. Te wypływają z kultury. Konkludując, chcę powiedzieć, że są i pozytywne przykłady na świecie. W tym samym czasie, kiedy u nas w modzie jest antykatolicka (antyreligijna nawet) fobia (dawno już na świecie niemodna; chyba, że w wąskim, wymierającym gronie krzykaczy, którzy krzyczą tym głośniej, im bliżej nadciąga koniec ich dominacji w polityce i mediach), w Kongresie USA miażdżącą przewagą głosów (396 do 9) przyjęto rezolucję zachęcającą do popularyzowania „we wszystkich gmachach publicznych, szkołach i instytucjach rządowych” motta „IN GOD WE TRUST” („W Bogu pokładamy ufność”), które decyzją Kongresu z roku 1956 jest jedynym mottem narodowym Stanów Zjednoczonych. Dla przypomnienia dodam, że jest ono wyryte w Sali Kongresu, tuż nad flagą USA, znajdującą się za plecami przewodniczącego Izby Reprezentantów (a więc nad jego głową). I nikt nawet w myślach nie śmie go z tej sali usuwać. A więc nie dajmy się zwariować garstce szaleńców i szukajmy dobrych wzorców, jak Amerykanie „pokładając ufność w Bogu”, a nie w omylnym ludzkim rozumie (co jest zgniłą przypadłością Europy, która ostatecznie przyczepiła się do niej w czasie zarazy rewolucji antyfrancuskiej).

dr Bartosz Józwiak
prezes Unii Polityki Realnej

pierwotnie opublikowany w serwisie konserwatysci.org

Skomentuj