Koszmar senny Tuska. Wyśnione stołki w „królestwie” UE bezpowrotnie znikają.

Gru 30, 2011   //   by Bartosz Józwiak   //   Artykuły, Blog, Publicystyka  //  Brak komentarzy

Zupełnie nie mogę się zgodzić z panującym ostatnio w szeroko pojętym środowisku polskiej prawicy przekonaniem, iż należy jak ognia unikać w artykulacji swoich racji oraz w wyrażanych ocenach języka jednoznacznego i dobitnego w formie (dla wydelikaconych uszu być może ostrego, ale debata polityczna, choć musi zachowywać klasę i stosowne standardy jakościowe, nie jest i nigdy nie była wydelikaconą konwersacją mydłków – przynajmniej do czasu, do kiedy w ogóle istniała w formie klasycznej, a nie została sprowadzona do „postpolitycznego” bełkotu o niczym).


Takiego języka, który nazywa sprawy oraz rzeczy po imieniu, rysuje je takimi, jakimi są rzeczywiście. Nie rozumiem tego panicznego strachu przed lewicowo-postmodernistycznym salonem intelektualnym, który mógłby takiego uczestnika debaty stygmatyzować. Takie wycofanie prowadzi bowiem jedynie do spłaszczenia debaty, jej rozwodnienia i wejścia na tory debaty usłużnej, stonowanej, politpoprawnej wraz z wypływającym z tego wykluczeniem choćby zasadności, czy też potrzeby formułowania opinii radykalnych w ogóle. Zachowanie to nie jest szansą na ocieplenie wizerunku prawicy, ale pierwszym etapem kapitulacji tradycyjnej formy debaty politycznej oraz zgodą na udział w postmodernistycznym kabarecie powszechnej zgody, koherencji i miłości. Jest wejściem w „buty” jakie wyprodukowała dla nas lewacka „postkulturalna pseudointeligencja”, w Polsce uosabiana przez przysłowiowy Salon, uzurpujący sobie jedyne prawo do decydowania o tym co jest dopuszczalne, a co nie. Prawica zaś powinna się tego wystrzegać jak ognia, gdyż taki typ narracji jest odwróceniem wszystkiego do góry nogami. Wejście we wskazane tory spowoduje zgodę na rolę jaką dla prawicy przewidziano w tym planie, a mianowicie: miałkiej, bezwyrazowej plazmy, która nie ma mocy formułowania odważnych tez i projektów. Pragnę dla porządku zaznaczyć, iż nie chodzi mi w tym opisie o to, aby popierać polityczne warcholstwo, wulgaryzm słów, czynów czy temu podobne elementy, które do polityki wprowadziło jej umasowienie i upadek politycznego obyczaju („unurzane w błocie gumiaki”, świńskie ryje, gumowe penisy itp., to symbole polityki postsocjalistycznej oraz świadectwo braku ciągłości tradycji republikańskich, który jest wynikiem kompletnego zresetowania polskich elit politycznych, zerwania tradycji). Te wszystkie sprawy regulują po prostu: dobre wychowanie i kultura osobista uczestników debaty. Nie ma tu potrzeby dokonywać rozbioru spraw podstawowych. W tym proteście chodzi mi o wzrastającą podatność środowiska prawicowego (także dziennikarskiego, a może nawet szczególnie, gdyż ten syndrom u polityków zdaje się być wtórny, zapożyczony z obserwacji zachowań dziennikarzy) na akceptację wmawianej tezy, że formułowanie swojego zdania, czy też opinii w sposób ostry i jednoznaczny jest passe. To rozmywanie faktycznej oceny wagi i znaczenia czynów jest, jak wspomniałem, bardzo niebezpieczne. Z zasady zabija ducha prawicowości i powoduje uśmiercenie polityki w rozumieniu tradycyjnym, a toruje drogę do „postpolitycznej nijakości”’.

Przykładem tej tendencji, ale tylko jednym z wielu jakie ostatnio można zaobserwować, jest widoczna bojaźń prawicy przed nazwaniem berlińskiego wystąpienia Radosława Sikorskiego oraz działań Donalda Tuska na forum europejskim, mianem zdrady. Wyraźnie zaznacza się strach przed jednoznacznym zdefiniowaniem tego, z czym mieliśmy do czynienia w kategoriach, stanowiących immanentny element politycznej debaty. Nagle słowo zdrada stało się wręcz tabu, które należy zamknąć w głębokim lochu i trzymać na nie wiadomo jaką czarną godzinę. Zastanówmy się więc, co to jest zdrada. Według jednej ze słownikowo-encyklopedycznych definicji zdrada to: „w ogólnym znaczeniu, świadome i intencjonalne zawiedzenie zaufania danego przez osobę, organizację, państwo lub grupę społeczną, które z tego powodu ponoszą straty tudzież uważają, że ponoszą straty”. Dla patrioty (postawy, którą usilnie dziś wszyscy próbują ośmieszyć i wymazać, a która jest jednym z fundamentów prawicowego postrzegania świata), osoby przywiązanej do suwerenności swojego państwa (zresztą takie myślenie jest jak najbardziej wykładnią postawy odpowiedzialnej, opartej na realnym postrzeganiu rzeczywistości), aktem zdrady jest w zasadzie wszelkie świadome działanie szkodzące temu państwu, a więc łamanie zasad stanowiących w danym czasie i miejscu rdzeń definicji suwerenności (robienie tego nieświadomie niekoniecznie zwalnia z odpowiedzialności, a jest dodatkowo najzwyklejszą głupotą i wystawia jeszcze gorsze świadectwo osobie, której ją przypiszemy). Przy czym suwerenność nie jest oczywiście darem w formie jakiegoś niezmiennego i stałego w swym kształcie skarbu, jaki należy przechowywać w zamkniętym skarbcu. Nie jest mydłem, którego używanie prowadzi do końcowego zaniku, czy depozytem, który się uszczupla w trakcie użytkowania. Jest raczej, i tu w pełni zgadzam się ze zdaniem Marka Cichockiego, przysłowiowym narządem, który nieużywany zanika. Dlatego suwerenność może być w pewnym zakresie redefiniowana w zależności od sytuacji, tradycji i bieżących potrzeb danego kraju czy narodu. To nie zmienia jednak tego, iż jest wartością bezcenną i niezwykle przydatną, żeby nie powiedzieć niezbędną, przy realizacji strategii każdego państwa oraz jego żywotnych interesów. Dlatego redefiniowanie nie powinno dotykać trwałego rdzenia wyrastającego z tradycji. W konsekwencji, najzwyklejszą zdradą jest więc działanie prowadzące do wyzbycia się suwerenności lub jej ograniczenia z jednej strony oraz dążenie do jej zabalsamowania – wymazania ze świata czynów, a dalej ze świata pojęć (taka eutanazja suwerenności jako wartości).
Szczególnie zaś obrzydliwym rodzajem zdrady jest dokonywanie jej z pobudek, nazwijmy to prywatno-finansowych (bo może to też następować z pobudek ideologicznych np. niektóre historyczne formacje komunistyczne, co jednak nie zmienia moralnej oceny zdrady opartej na niszczeniu suwerenności). A więc dla własnego, indywidualnego zysku. Jak na przykład podejmowanie decyzji ograniczających suwerenność państwa, szkodzących jemu samemu i jego obywatelom, w celu przypodobania się swoim politycznym mocodawcom z organizacji ponadnarodowych albo z obcych państw w celu uzyskania jakichś profitów, czy też dostąpienia „zaszczytu” degustacji „politycznych konfitur”, choćby tylko przy 3 stole (aby użyć porównania do gradacji zasiadania przy posiłkach znanej z polskiej tradycji szlacheckiej) lub nawet pod „pańskim stołem”.
Zobaczmy więc, co czynią wspomniani wyżej członkowie naszych władz (przywołani tu dla przykładu, gdyż ich postawa i czyny są w zasadzie klasyczne dla całego obozu władzy, a i dla części opozycji).
Donald Tusk, w panice o te wymarzone rentierskie luksusy, ochoczo pokrzykuje po całym kontynencie, że bez wahania zapłaci za nie zaliczką z naszych rezerw finansowych i zrobi wszystko, aby wepchnąć swój kraj do płonącego domu strefy Euro. Nie ważne, że on tam spłonie, ważne że Pan Premier się wykaże i może liczyć na pogłaskanie, poklepanie itd. Cóż, kiedyś, w dobie normalności, polityk tego formatu musiałby wreszcie stanąć oko w oko z narodem i ponieść konsekwencje swoich czynów, albo, jeśli miał szczęście uciekać gdzie pieprze rośnie. Dziś będzie się delektował unijną emeryturką, śmiejąc się nam w twarz. Bo utrata tych planowanych profitów, na które tak mocno pracował i dla których nie wahał się popełniać żadnych świństw i zdrad, to najczarniejszy sen Premiera Tuska. Sen który jakby zaczął przybierać realne formy. Sen się spełniający. Dlatego nie ważne są środki i to, co się poświęci dla ratowania własnych fanaberii. On ciągle chce zatrzymać nieuniknione, rzucając na szalę wszystkie świętości i wartości. Dlatego nie wierzmy z bajania o jakiejś walce o miejsce Polski w Europie (już wiemy, że zapłacimy grube pieniądze za możliwość stania w przedsionku i czekania na ogłoszenie wyroków „możnych UE”; więc pierwszymi możemy być jedynie w biciu dla nich pokłonów), bo to wymagałoby choćby jakiegoś minimalnego elementu myślenia pro publico bono. A to ekipie Donalda Tuska jest zupełnie obce. I to głównie dlatego, że oni tego nie rozumieją. Urodzili się już z mentalności poddanych, nie mężów stanu.
Nieco później Radosław Sikorski, nie w ciemię bity, rusza w te pędy do Berlina, aby czym prędzej złożyć hołdy lenne i sprzedawać jako swoje pomysły Niemiec na ostateczne przypieczętowanie ich dominacji na kontynencie (jeszcze chyba nie było ministra, który błagałby obce państwo o zdominowanie swego własnego i Europy).
Nie pomnę już o panicznie wystraszonym mistrzu rolowania długów, ministrze Rostowskim, błagalnie żebrającym o ratowanie europejskich mrzonek w imię obrony Europy przed wojną (ale jako typowy człowiek interesu już dla dzieci myśli o zielonych kartach w USA).
Czy więc nie wypełniają znamion zdrady? Gdzie tu jest Polska, Polacy, interes narodowy, dobro wspólne? Nie bądźmy ślepi w tej materii.
Oczywiście, w dyskursie próbującym zgłębić przesłanki kierujące działaniami Donalda Tuska jest i inny nurt, mówiący, iż nie tyle jest on zdrajcą, co amatorem. Zdrada wymagałaby bowiem rozeznania w sprawach europejskich, kompetencji i premedytacji w działaniu, dążącym do konkretnego celu. Zaś nasz „bohater” zdaje się ujawniać oznaki kompletnej indolencji i niekompetencji na tej płaszczyźnie politycznej (tą koncepcją przedstawiła np. Pan Marek Magierowski w dzienniku „Rzeczpospolita” z dnia 22 grudnia 2011 r., Dział Opinie, strona A12). Po części z tą teorią jestem się w stanie zgodzić, gdyż niekompetencja Donalda Tuska rozciąga się praktycznie na wszystkie obszary będące w orbicie zainteresowania Premiera. Ba, jawi się on jako jeden z najbardziej niekompetentnych polityków ostatnich 20 lat. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, iż w omawianym przypadku ta niekompetencja gładko przechodzi jednak w zdradę. Jestem zdania, iż Donald Tusk jest świadom swej ułomności, a nawet, że celowo uznaje ją, moim zdaniem błędnie, za pewną wygodną zasłonę dymną (formę parawanu) dla swoich działań. Jednak, mając tą świadomość, nie tylko podejmuje konkretne działania, ale dobiera też jako doradców konkretnych ludzi, a kieruje się w tych wyborach wcześniej ustalonym celem. A cel ten wynika z jego chorobliwej ambicji i samouwielbienia. Arogancja i zapędy dyktatorskie są tylko potwierdzeniem wewnętrznych kompleksów osoby o niskich kwalifikacji oraz w zasadzie małej, zmuszonej do ciągłego podkreślania i udowadniania samemu sobie swojej wartości, siły, władzy. Zaś celem ostatecznym, przyjętym moim zdaniem z wyjątkową premedytacją, jest osiągnięcie dla siebie stosownej pozycji na europejskim dworze. Polska jest w tym targu jedynie towarem, za który można nabyć to wymarzone miejsce w „panteonie nowej Europy”. Dlatego, być może, mamy tu do czynienia z jeszcze bardziej niechlubną formą zdrady, gdyż połączoną z celowym stosowaniem jej jako elementu swojej własnej, uświadomionej niekompetencji. Przy czym, dla nas wszystkich nie specjalnie w efekcie finalnym istotne będzie, czy przehandlował nas amator czy zawodowy kupiec.
​Dla przypomnienia napiszę tu jeszcze raz to, co mówiłem 12.12.2011 r. na uroczystości na Placu Konstytucji w Warszawie. Kiedyś Judasz zdradził Jezusa za 30 srebrników. Judasz miał jednak na tyle resztek sumienia, że po tym czynie poszedł i się powiesił. Warto tu zaznaczyć, że ci, którzy za zdradę Judasza płacili, liczyli na wymierny zysk. Dziś za zdradę i nagrodę dla zdrajców zapłacić mamy my, którzy ponosimy z tego powodu same straty. Dlatego zadam retoryczne pytanie wymienianym tu gwiazdom polskiej polityki: czy macie choć tyle sumienia co niewierny uczeń Jezusa? Wątpię. Ale w takim razie nie miejcie urazy, że ktoś nazywa was i wasze działania po imieniu. Miejcie też w pamięci to, że zdrajca nigdzie nie będzie traktowany inaczej niż na to zasługuje. Skoro raz zdradził, zawsze może zdradzić i drugi raz. Często to tylko kwestia ceny, bo kręgosłupa moralnego już nie ma z zasady. To nie popłaca. W Polsce dziś mamy wyraźny kryzys patriotyzmu i jest on gorszy od wszelkich kryzysów finansowych, bo zabija tożsamość i usypia instynkt samozachowawczy.
​Dlaczego więc mamy przy tym wszystkim bać się mocnych słów określających to, co robią nasze władze? Skoro wyczerpują one znamiona danego czynu, to nie ma nic niestosownego w użyciu należytych określeń. Prawica nie może dać się przesterować na fale, na jakich chcą, by nadawała twórcy „nowego wspaniałego ładu”. Dlatego właśnie używajmy określeń dobitnych i nie bójmy się ostrości debaty.
Na sam koniec pokuszę się o opinię, iż najlepszym patronem dla elity PO i dla samego Donalda Tuska jawi się dziś król Stanisław August Poniatowski – w zasadzie sprzedał Polską bez mrugnięcia okiem, na sejmie grodzieńskim nie zawahał się nawet przed udostępnieniem własnego ołówka, aby dokonał się akt podpisania cesji na rzecz Prus. Fircyk i oświeceniowy internacjonalista, zniesmaczony polskim patriotyzmem i tradycją (raz pisał, że Polacy to duże dzieci, które trzeba cierpliwie oświecać, gdyż na razie same sobie szkodzą, innym razem przyrównywał ich do głupiej i kłótliwej Ksantypy). Zeuropeizowany paw, pałający niechęcią do polskiej tradycji (awersja choćby do narodowego stroju: kontusza i żupana); król-marionetka, usługująca dwom wielkim sąsiadom (Rosji i Prusom). Osobnik, który dobił zrujnowany kraj i rozpieszczał finansowo swoich klakierów – taki ówczesny Salon. Człowiek małostkowy, dbający gównie o własny interes, wykłócający się z Repninem o spłatę swego prywatnego długu, a nie walczący o suwerenność ojczyzny. Człowiek, który niczego sam nie stworzył (nawet obiadów czwartkowych), a zniszczył ostatecznie powierzone mu dziedzictwo. Choć przyznać trzeba, iż otrzymał już to dziedzictwo w formie karykaturalnej, zwasalizowanej Rosji i pozbawionej właściwie suwerenności już za panowania Augusta II. Można dyskutować, czy był politycznym realistą. Być może, ale forma tego realizmu była wyprana z ważnych elementów patriotyzmu i etyki. Warto przypomnieć słowa piosenki Jana Krzysztofa Kelusa: „co drugi Volksdeutsch był Realpolitik”, które mogą być pewną formą zobrazowania tego realizmu. Nikt nie mówił, że władza jest lekkim kawałkiem chleba. Często każe wybierać pomiędzy realizmem, od którego blisko do zdrady, a patriotycznym szałem, biegnącym o krok od głupoty. Nie zwalnia nas to jednak z oceny dokonywanych wyborów.
​Proszę jednak pamiętać jak skończył ten „kaleki” władca. Zapomniany i wypchnięty na margines. Pozbawiony szacunku potomnych. I dopiero trzeba było Lecha Wałęsy i Kardynała Józefa Glempa (nazwanie przez Kardynała chowanego Króla osobą, która „kochała Polskę po swojemu, ale szczerzej niż inni władcy” zdaje się być drwiną historii i bardzo smutnym credo współczesnej Polski i postmodernistycznego Kościoła), aby zdecydowali się pochować jego resztki w warszawskiej katedrze Św. Jana. Znamienne, jacy ludzie chowali akurat tego władcę (czyimi patronami politycznymi są dziś i jaka jest ich prawdziwa przeszła działalność w świetle historycznym). Czy to przypadek, czy los połączył ich z bożej woli w jedną całość?
Wracając jednak do meritum, należy powiedzieć jednak, iż Król Stanisław August Poniatowski był w jakiejś mierze postacią tragiczną, miotającą się w niezrozumiałym świecie, osobą jednak z pewną dozą majestatu (raczej związanego z urzędem niż walorami charakteru, ale jednak). Donald Tusk jest już jedynie postacią groteskową.

dr Bartosz Józwiak

Skomentuj