Była balanga, tylko kto za nią zapłaci?

Gru 23, 2011   //   by Bartosz Józwiak   //   Artykuły, Blog, Publicystyka  //  Brak komentarzy

"Wojna postu z karnawałem", fragment - Piotr Bruegel

Widmo krąży po Europie; widmo to straszne zaczyna zaglądać i do mlekiem i miodem płynącej Polandii, którą władają do spółki Namiestnik Bronisław I Złotousty oraz Najjaśniejsze Słońce Peru Donald I Uśmiechnięty.

Zobaczmy więc, co czynią wspomniani dwaj „mężowie” (przywołani tu dla przykładu, gdyż ich postawa i czyny są w zasadzie klasyczne dla całego obozu władzy, a i dla części opozycji także), kiedy zapach spalenizny z płonącego, europejskiego targowiska próżności dotarł nad Wisłę. Warto przypomnieć sobie też i to, że najpierw Donald Tusk i jego dwór urządzili sobie cztery lata wielkiej balangi, a teraz, kiedy przyszedł rachunek, zastanawiają się, jak opłacenie go zepchnąć na osoby w niej nie uczestniczące lub na zaproszonych przez siebie gości (a więc część podatników), którym wcześniej wmówiono, że za wszystko płacą zapraszający (naiwność bywa kosztowna, ale cwaniactwo nie musi pozostać bez kary).

Przy czym, jak się wydaje, najbardziej prawdopodobnym wariantem rozwiązania płatnościowego dylematu „balangowiczów” miało być dojedzenie jeszcze deseru serwowanego w drugiej kadencji rządzenia (a jakże, zupełnie bez szans na zapłacenie za niego) i ucieczka w unijny busz, gdzie będzie można się pławić w dostarczonych luksusach, które mają być przygotowywane jako wisienka na torcie za usłużne złożenie w ofierze dużego, środkowoeuropejskiego państwa. I tylko nagle się okazało, że może tych luksusów nie być, albowiem UE, ten bożek współczesnej Targowicy, okazał się kolosem na glinianych nogach, a i zaproszeni na wspomnianą ucztę podatnicy (oczywiście głównie w roli podających oraz biesiadników trzeciej kategorii) zaczynają coś za szybko rozumieć, że zostali nabici w butelkę.

To jest najczarniejszy sen Premiera Tuska. Minister Rostowski wystraszył się do tego stopnia, że inni mogą nie zechcieć tak mocno ratować tego europejskiego trupa jakim jest strefa euro, a w konsekwencji rentierskich luksusów dla niego i kolegów, że roztoczył wizję strasznej wojny w pounijnej Europie. Raczył też dla jasności podkreślić, że on dla swoich dzieci już myśli o zielonych kartach w USA (oto prawdziwy kapitan: zatopić okręt i pierwszym skakać do szalupy). Nieco później Radosław Sikorski, nie w ciemię bity, rusza w te pędy do Berlina, aby czym prędzej złożyć hołdy lenne i sprzedawać jako swoje pomysły Niemiec na ostateczne przypieczętowanie ich dominacji na kontynencie (jeszcze chyba nie było ministra, który błagałby obce państwo o zdominowanie swego własnego i Europy). Rozumiem, że za to liczy na jakiś miły kącik w swej nowej ojczyźnie.

A trzeci muszkieter, Donald Tusk, w panice o te wymarzone rentierskie luksusy, ochoczo pokrzykuje po całym kontynencie, że bez wahania zapłaci za nie zaliczką z naszych rezerw finansowych i zrobi wszystko, aby wepchnąć swój kraj do płonącego domu strefy Euro. Nie ważne, że on tam spłonie, ważne że Pan Premier się wykaże i może liczyć na pogłaskanie, poklepanie itd. Cóż, kiedyś, w dobie normalności, polityk tego formatu musiałby wreszcie stanąć oko w oko z narodem i ponieść konsekwencje swoich czynów, albo, jeśli miał szczęście, uciekać gdzie pieprze rośnie. Dziś będzie się delektował unijną emeryturką, śmiejąc się nam w twarz.

dr Bartosz Józwiak
Prezes Unii Polityki Realnej

Skomentuj