Akceptacja dla ACTA jest kwintesencją „postpolityki” PO

lut 11, 2012   //   by Bartosz Józwiak   //   Artykuły, Blog, Publicystyka  //  Brak komentarzy

Problem ACTA powinien być w zasadzie rozpatrywany na dwóch odrębnych poziomach: szerszym, obejmującym ogląd całości polityki rządu wobec przyrodzonych wolności i praw obywatelskich oraz węższym, można by rzec doraźnym, ograniczonym jedynie do samego dokumentu i implikacji prawnych jego podpisania (a dokładniej do ograniczeń, jakie dotkną społeczność internetową w Polsce). Jest też oczywiście aspekt trzeci, o którym i jedna, i druga strona zdaje się trochę zapominać, a mianowicie: sensowność i cel tej debaty. I może od tego zacznę.

Ów trzeci aspekt, choć wymieniony na samym końcu, jest w zasadzie fundamentalny dla odpowiedzi na pytanie o sensowność dyskusji w sprawie ACTA. Dziś wszyscy pokładają ślepą wiarę w to, iż debata jest niezbędna zawsze i wszędzie oraz że może czynić cuda. Otóż tak nie jest i świetnie zdaje sobie z tego sprawę Premier Tusk, cynicznie wciągając internautów w wyreżyserowaną przez swoich PR-owców ustawkę, którą nie wiedzieć, czemu nazywa „konsultacjami społecznymi”, a której celem jest jedynie nadmuchanie balonu własnego ego i przykrycie własnych hochsztaplerstw. Moim skromnym zdaniem, na tym etapie, jakakolwiek debata przeciwników ACTA ze stroną rządową jest kompletną porażką i oddawaniem pola. Sytuacja jest bowiem niezwykle klarowna: Donald Tusk wraz ze swoimi ministrami z pełną świadomością przygotował potajemnie wszystko, co trzeba do podpisania ACTA (przygotował dekorację sceny). Ba, uznał to nawet za sukces swej beznadziejnej prezydencji (później, w typowy dla PO sposób, zmieniono wpisy na stronie internetowej próbując kolejny raz oszukać społeczeństwo). Następnie, kiedy wokół sprawy zrobiło się, powiedzmy, delikatnie nieprzyjemnie, zaczął udawać zdziwionego (ponoć nie wiedział, że nie było konsultacji społecznych, choć one, oczywiście, były, tyle tylko, że jak w wielu innych przypadkach – jedynie z wybranymi organizacjami). Typowe zachowanie człowieka o nieczystym sumieniu.

Już pomijam to, że brnąc w takie tłumaczenia sam robi z siebie upośledzonego intelektualnie i niezdolnego do sprawowania funkcji Premiera, bo albo, jak twierdzi, nie wie, co robi jego rząd, albo nie wie, co podpisuje, a później najzwyczajniej kłamie. W każdym z tych przypadków bynajmniej nie powinien stać na czele rządu, zajmując miejsce w fotelu Prezesa Rady Ministrów. W ostatecznej wersji przyjmuje opcję, iż konsultacje społeczne jednak się odbyły (a więc potwierdza w zasadzie fakty), ale niewystarczająco szerokie i zwołuje kolejne konsultacje społeczne, ale już post factum (ACTA już nakazał podpisać; co ciekawe całość wczorajszej farsy była bezpośrednio monitorowana przez przedstawiciela USA – bardzo interesujące, prawda? Czy to jest jeszcze suwerenny kraj, czy już „bananowa republika” PO? (Szerszy opis wraz z zapisem video całości autorstwa Mariusza Giereja na dniach ukaże się w Internecie).

Nie bardzo rozumiem tylko, po co to wszystko. Bo albo ma nas za idiotów, albo mierzy nasz intelekt podług swego. Wiedząc, że podpisanie ACTA jest i będzie oprotestowywane przez społeczeństwo, najpierw nakazał podpisać dokumenty, później zaś oddał je do „konsultacji”. Aby dopełnić tę czarę arogancji i cynizmu, trzeba jeszcze posłuchać tego, co Pan Premier wyartykułował wczoraj: umowy międzynarodowe nie wymagają żadnych konsultacji i to, że rozmawiamy, jest tylko moją dobrą wolą. Ot, i tu jest pies pogrzebany! – Naruszyłem i podeptałem wszelkie zasady i dobre obyczaje, ale bądźcie mi wdzięczni, bo oto pochyliłem się, aby wam pokazać, że nic dla mnie nie znaczycie. I co mi zrobicie? (czy nie przypomina to arogancji PO w sprawie pewnej znanej nam urzędniczki Urzędu Wojewódzkiego a dziś posłanki, w sprawie wykorzystywania służbowego samochodu do dojazdów do pracy? Tam też była kwestia: przecież nie łamie prawa. Racja, a dobre obyczaje i przyzwoitość to dla PO nader puste słowa).

Z tych powodów uważam, że prowadzenie jakichkolwiek debat czy rozmów jest już na wstępie zwykłym marnowaniem czasu. Donald Tusk nakazał podpisać ACTA i nie zmieni zdania. Nie tylko nie odbył konsultacji – jest przekonany, że może przehandlować całą naszą wolność bez pytania nas o zdanie. To tylko pokazuje, że zamordyzm, antydemokracja i najzwyczajniejszy totalitaryzm są podstawowym elementem jego polityki. Nie siada się do stołu z mordercą własnej ciotki, aby debatować, jak jej przywrócić życie. Debata, jakiejkolwiek rzeczy by nie dotyczyła, wymaga godnego interlokutora, zaś to, co prezentuje Premier oraz rząd w swoich „pseudodebatach” to najzwyczajniejsze dyskusyjne chamstwo.

Reasumując, warunkami rozpoczęcia rozmów na temat tego, jak sprzątnąć i uporządkować to, co narobił Premier, muszą być: dymisja Premiera i odpowiedzialnych ministrów, deklaracja o nieratyfikowaniu ACTA oraz – co bardzo istotne, albowiem po podpisaniu omawianego dokumentu nasz rząd niewiele już może zrobić – deklaracja aktywnego blokowania przyjęcia ACTA w Parlamencie Europejskim (tam teraz będzie się ważył los tego dokumentu, a podjęte tam decyzje będą implikowały się w naszym prawie). Bez tego nie należy podejmować jakichkolwiek rozmów wcale.

 

Kontynuując rozważania na temat ACTA, konieczne wydaje się nakreślenie również kilku słów, tyczących się podejścia doraźnego. To podejście jest dość szerokim buntem, związanym li i tylko z samym dokumentem, choć czasami zaczyna także implikować w sobie inne wątki ograniczania wolności w Polsce (np. dostęp do multipleksów cyfrowych, wolność słowa, wolność zgromadzeń itp.). Jest to bunt przede wszystkim społeczności internetowych, ludzi młodych, nie posiadający wyraźnego kontekstu politycznego. Na dziś dzień udaje się dość wyraźne oddzielić bunt w obronie wolności od owych doraźnych politycznych gierek różnych liderów politycznych (wygwizdanie Janusza Korwin-Mikkego w Krakowie i Warszawie, Janusza Palikota w Warszawie są tego emanacją; niezależnie od tego jakie intencje mieli ci politycy, to w tej sytuacji kompletnie się wygłupili). Trudno powiedzieć, jak długo ten stan rzeczy się utrzyma – już teraz widać dość mocną infiltrację „buntowników” przez lewackie grupki i organizacje np. z kręgu „Krytyki Politycznej”. To jednak zostawmy na boku, gdyż tu jeszcze nie rozstrzygnął się rząd dusz, a walka o przywództwo będzie trwała.

Pozytywem tego ruchu jest wzbudzenie solidarności społecznej ponad podziałami, skupionej wokół praw, jakie są nam odbierane. Jest to pewien rodzaj przebudzenia, który może, ale niestety nie musi, przekształcić się w szerszy ruch, budzący w obywatelach świadomość republikańską, a w konsekwencji podmiotowość obywatelską, tak skutecznie od 20 lat zabijaną przez „postpolitycznych oszustów z III RP”. I tego najbardziej boją się dzisiejsi rządzący, albowiem świadomy obywatel jest nieczuły na ich tanie chwyty i kłamstwa. I oby ruch ten rozwijał się jak najdłużej i jak najskuteczniej, gdyż w pierwszej kolejności musimy mieć świadome społeczeństwo, a później dopiero państwo, odzwierciedlającej jego ducha. Wybór formy konstrukcji takiego państwa jest dopiero krokiem trzecim. Choć, oczywiście, praca nad uświadomieniem i przygotowaniem do odbioru konkretnego modelu musi trwać już teraz. Niestety, niebezpieczeństwem, na które liczy dziś nie tylko Donald Tusk, ale i całe PO, jest wypalenie się społeczeństwa, wygaśniecie emocji i powrót zbuntowanych do grilla, na którym zamiast kiełbasy grillować będzie się parówkowa (albo i nic – tak cudownie rządzi dziś Partia). Tylko przysłowiowy „powrót do grilla” pozwoli PO na oddech ulgi. Do tego nie wolno dopuścić.

 

W tym miejscu należy też pokazać kilka istotnych zagrożeń, jakie niesie ze sobą ACTA (nie wszystkie, tylko te najistotniejsze):

  • po pierwsze dokument pozwala na przekazywanie danych osobowych (przez operatorów internetowych) firmom, które takich danych żądają i które wskazują, że naruszyliśmy jakieś zasady związane z prawami autorskimi. A więc za chwilę będą nas ścigać i osądzać koncerny, a nie sądy, a co gorsze – będą nas karać zanim jeszcze zapadnie jakikolwiek wyrok. I żeby było już zupełnie strasznie, to my będziemy musieli udowadniać swą niewinność. Tak już kiedyś było – za Stalina (jak widać PO wraca do korzeni);
  • ACTA, jako umowa międzynarodowa, której ratyfikacja wymaga zgody wyrażonej w ustawie, będzie miała, zgodnie z Konstytucją RP, pierwszeństwo przed polskimi przepisami ustawowymi, w razie wystąpienia jakiejkolwiek sprzeczności. Czyli kolejny raz przesuwamy stanowienie o zakresie naszych praw pod ogląd przepisów ponadnarodowych na które mamy nikły wpływ.
  • zapisy zawarte w ACTA oddziaływają bezpośrednio na sferę praw i wolności, a są one sformułowane wysoce nieprecyzyjnie, co powoduje możliwość ich bardzo szerokiego stosowania, a co za tym idzie bardzo znacznego ograniczenia naszych wolności (np. często posługują się one określeniem: piractwo praw autorskich, a zupełnie nie definiują pojęcia piractwa tychże praw). ACTA zdecydowanie reprezentuje interes międzynarodowych koncernów kosztem użytkowników Internetu (w tym konkretnym przypadku Polaków).
  • wysokie zainteresowanie USA wprowadzaniem ACTA i naciski często co najmniej niesmaczne, albowiem pokazujące, że jesteśmy jedynie marionetką na usługach obcych państw; co potwierdza czyj interes jest w tym akcie reprezentowany;
  • zapisy ACTA w sposób kompletnie idiotyczny i zupełnie nierynkowy zaczynają rozbudowywać tzw. ochronę praw do własności intelektualnej, podczas gdy tego typu ochrona jest jedną wielką bzdurą. Nakaz kryminalizacji czynów godzących w prawa własności intelektualnej to już pomysł z kosmosu. Tu mała dygresja: najmocniej za ACTA krzyczy polskie lobby filmowe, więc pytam: w jakiej części Państwa filmy są finansowane z budżetu państwa? W dużej, prawda? A więc właścicielami praw do nich są polscy podatnicy i mogą sobie je kopiować, rozpowszechniać i robić z nimi, co im się żywnie podoba. Państwo już swoje dostaliście w niemałej gaży za ich realizację. To jest zresztą szerszy problem, który niczym wrzód trawi nasz budżet: żerowanie świata tzw. „kultury” na pieniądzach podatników. Cóż, im szybciej wylądują oni na wolnym rynku opartym o mecenat prywatny, tym szybciej uzdrowimy się z tej roszczeniowej choroby;
  • ACTA nie rozstrzyga charakteru korzystania przez internautów z treści chronionych, ale jednocześnie koncentruje się tylko na ochronie interesów uprawnionych z praw własności intelektualnej. zapisy ACTA bronią monopoli, dają im dowolność dyktatu cenowego oraz w zasadzie możliwość stosowania represji i wymierzania kary bez sądu. ACTA jest korupcjogenna;
  • w ACTA brak zupełnie zapisów regulujących sytuacje prawną użytkowników Internetu. Są oni ustawieni niejako po za prawem, albowiem jest to akt wyjątkowo jednostronny;
  • obowiązujące w Polsce przepisy chroniące prawa autorskie są i tak wyjątkowo represyjne i od pewnego czasu już prowadzimy wraz z innymi organizacjami wolnościowymi prace nad liberalizacją tych przepisów. Nie ma więc żadnego sensu, z punktu interesu Polski, polskich obywateli i polskich twórców, aby ratyfikować ACTA. To jest interes innego państwa nie nasz;
  • zapisy ACTA, ze względu na swoją ogólnikowość zdecydowanie mogą stać się ograniczeniem do korzystania z wyników badań naukowych jednych ośrodków przez drugie. Nie mówiąc już o problemach z dostępem do wielu informacji, z których dziś swobodnie korzystają studenci i uczniowie;
  • ACTA jest dokumentem wyjątkowo nieprecyzyjnym. W zasadzie jego stopień ogólności pozwala na bardzo szeroką aplikację represyjności, a więc tak naprawdę jest on wyraźnie skierowany przeciwko obywatelowi. Nie daje nam mechanizmów obrony przed tymi represjami (za chwile na żądanie jakiegoś amerykańskiego koncernu zostaniemy wydani USA i tam skazani za niedopełnione czyny). Może być więc łatwo użyty do likwidacji niewygodnej konkurencji, niszczenia biznesu rodzimego, czy niewygodnych politycznie przeciwników. To dokument w formie aktu totalitarnego, który za nic ma nasze prawo do bycie niewinnym do momentu udowodnieniem nam naszej winy przez sąd i uprawomocnienia się wyroku. Mamy tu do czynienia z podeptaniem tradycji prawnych Europy w imię interesów globalnych firm. To dokument pokazujący jak ma wyglądać świat, jaki chcą nam przygotować politycy i międzynarodowy, bezideowy biznes. Rola urzędników, jako wszechwładnych wyroczni zostanie dzięki ACTA jeszcze bardziej uwypuklona.

 

Można by tak dość długo wymieniać. Fundacja Republikańska przygotowała kilkanaście poważnych uwag do treści omawianego dokumentu. Ale nie warto się rozpisywać. Ostatnia część mojej wypowiedzi pokaże bowiem właściwe miejsce i logikę istnienia tego dokumentu.

 

Ostatnią, aczkolwiek najistotniejszą sprawą jest ujęcie ACTA, jako elementu składowego całościowej koncepcji działania rządu PO i celów, jakie ów rząd sobie stawia. Otóż, od pięciu lat rządów PO, którymi, niczym plagą egipską, pokarał nas Bóg przy współudziale szalonego po części społeczeństwa, trwa festiwal walki z wolnością, standardami republikańskimi, prawami obywatelskimi. W tym czasie, z niebywały impetem rzucono się do niszczenia tych wszystkich elementów normalnego, suwerennego społeczeństwa. Z jednej strony, rozpoczęto prymitywizację debaty, dostosowując ją zapewne do poziomu, na jaki może się wznieść Premier; przyzwolono, a nawet wyraźnie zachęcano, do dyskryminacji większości religijnej i światopoglądowej; utytłano w błocie wszelkie wartości, (pan Premier wstydził się nawet słowa „Naród” i patriotyzmu – cóż, jeśli się czegoś nie rozumie oraz nie pojmuje, to najłatwiej się tego wypierać i za to wstydzić (to mogą być skutki popalania trawki w młodości); upartyjniono, jak nigdy, wszelkie media, urządzano prymitywne nagonki na każdego, kto miał inne zdanie niż rząd itp. Z drugiej zaś strony, dokonano w zasadzie likwidacji tradycyjnej rodziny i jej roli wychowawczej (np. ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie), zaczęto program inwigilacji dzieci (zbieranie dany intymnych o naszych pociechach), dzieci zaczęto traktować jak produkcyjne mięso, ratujące nieudaczna politykę rządu (sześciolatki do szkół i szybciej na rynek pracy), dokonywano prób ograniczenia wolności w Internecie (jeszcze przed wyborami PO czyniła takie zakusy), zabito w Polsce wolność słowa (kibice, aresztowania za mówienie prawdy o Namiestniku Komorowskim i Donaldzie Tusku), próbuje się zlikwidować wolność demonstracji (próby zmiany przepisów o zgromadzeniach publicznych, jakie są podejmowane po Marszu Niepodległości) itp.

W zasadzie rząd PO zamknął Polaków w szczelnej, dźwiękochłonnej klatce, w której jedynym lufcikiem do wolności był Internet. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że teraz robi się wszystko, przyjmuje się każde rozwiązanie, aby i to ostatnie okienko zostało domknięte. Wtedy już będziemy mieli wymarzoną POlandię, taką stalinowską z jedną partią, jedną prawdą i jednym wodzem … I tak musimy to rozumieć.

Trzeba przestać wierzyć w końcu w bajki o tym, że PO robi coś dla dobra państwa czy obywateli. To błędne założenie. Fakty jasno pokazują, że realizowana jest inżynieria postpolityczna, prowadząca do urealnienia libertyńskiej wizji świata, jaki urodził się w głowach eurokratów. A tu wolność jest jak najbardziej zbędna i niewskazana. Z tego powodu ACTA jest dla mnie jedynie jednym z ostatnich klocków tej układanki i właśnie dlatego, bez względu na poglądy polityczne (z wyjątkiem betonu z PO, bo tam refleksja już dawno nie gościła), obywatele powinni protestować i nie bać się sięgać po najostrzejsze środki, łącznie z ulicznym nieposłuszeństwem obywatelskim.

To już ostatni dzwonek, aby uratować coś z naszych republikańskich wolności, obudzić sumienia i przerwać budowę totalitarnego łagru. Obrona Internetu, jako ostoi wolności słowa i działania to już tzw. obrona ostatniego szańca, a więc nie czas na pertraktacje i rozmowy, ale na bunt i walkę. Kartka wyborcza nie jest jedynym atrybutem społeczeństwa obywatelskiego, którym może ono dyscyplinować władzę. Spektrum tych środków jest znacznie szersze i składa się także z mniej przyjemnych dla władzy działań.

I to jest najważniejszym punktem, dla którego walka z ACTA staje się tak ważna. Zapewne straciliśmy już większe i istotniejsze wolności. Ale internetowa enklawa wolnego słowa jest najzwyczajniej ostatnią, a więc najważniejszą.

dr Bartosz Józwiak
prezes Unii Polityki Realnej

tekst ukazał się na portalu Konserwatysci.org

Skomentuj