Uniwersytecie: skąd ten strach przed uczniem – klientem?

paź 23, 2011   //   by Bartosz Józwiak   //   Artykuły, Blog  //  Brak komentarzy

Niedawno na łamach “Rzeczpospolitej” ukazał się krótki wywiad z panią prof. Katarzyną Chałasińską-Macukow, Przewodniczącą Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Wywiad dotyczył obowiązku podpisywania przez uczelnie umów ze studentami.

Wywiad dotyczył obowiązku podpisywania przez uczelnie umów ze studentami. Problem ten wygenerowała znowelizowana ustawa “Prawo o szkolnictwie wyższym”, która taki obowiązek na uczelnie nakłada. Wprawdzie cała reforma firmowana przez minister Barbarę Kudrycką, jest przedsięwzięciem niezbyt udanym gdyż, jeśli w ogóle rozwiązuje jakieś kwestie, to głównie poboczne, a i te połowicznie. Można w niej znaleźć zapisy pokazujące, że może i była wola pójścia w dobrym kierunku, ale zatrzymano się z przestrachem po zaledwie kilku krokach.

W efekcie nadal nie przedstawiono jasnych, spójnych i wychodzących naprzeciw wyzwaniom przyszłości rozwiązań dotyczących finansowania uczelni czy ustaleń dotyczących ich statusu (ciągle jest to zawieszenie pomiędzy samodzielnością, a sterowaniem centralnych) itp. Efektem takiej “reformowej niedoróbki” jest jedynie zwiększenie kosztów (już sama budowa i wyposażenie niedorzecznego Narodowego Centrum Nauki w Krakowie, to ponad 30 mln zł; na stypendia naukowe dla studentów jakoś nie było środków, a na wygody dla biernych, miernych, ale wiernych naukowców zawsze się znajdą), wzrost biurokracji (tworzenie nowych centrów i komisji do oceny Bóg wie, czego jeszcze; dzięki temu każdy pracownik zamiast uczyć studentów i pracować naukowo zajmuje się głównie wypełnianiem sprawozdań, formularzy itp. ciekawostek) oraz kompletny chaos w samym układzie studiów i zasadach awansu (to, co teraz dzieje się wokół habilitacji jest cyrkiem na kółkach).

Sama ustawa pozwoliła zresztą gorliwym jej wykonawcom “działać wstecz” np. osobom, którym, według wszelkich zasad przysługiwał roczny płatny urlop, bardzo często wykorzystywany, jako czas na finalizację habilitacji, teraz odmawia się go niekiedy w ostatnim roku prac na habilitację, bo nowa ustawa tego nie przewiduje. Mogę to jedynie porównać do tego, że ktoś umawia się z kimś na skok z wieży do basenu, człowiek podejmuje wyzwanie, ćwiczy 7 lat, staje na wieży, a tu się mu oznajmia, że nowe zasady mówią, iż w basenie nie będzie wody. Jakież to typowe dla ludzi z PO, pełna nonszalancja i brak myślenia.

Ale nie o tym miałem pisać. W zasadzie nie byłoby w umowach ze studentami nic dziwnego, gdyby nie ten nagły strach rektorów przed umowami na zasadzie klient – usługodawca. Moim zdaniem akurat forma umowy, której wymaga nowelizacja ustawy, jest jednym z jej przydatniejszych zapisów, ponieważ normuje ostatecznie stosunki na linii student – uczelnie i zamyka radosną dowolność, z jaką mamy do czynienia teraz.. A tu nagle pani rektor Uniwersytetu Warszawskiego i przewodnicząca szacownego grona rektorów próbuje stawać tzw. okoniem. Podnosi wątpliwości, że w takim przypadku każdy spór uczelnia – student będzie trafiał do sądu, że nie ma potrzeby podpisywać umowy na zapas, że w takim razie i student powinien mieć określone w umowie obowiązki, czy że to dodatkowa biurokracja.

Zdziwiły mnie mocno te opinie, więc postaram się odpowiedzieć na wskazane wątpliwości pani rektor. Nie bardzo rozumiem, co złego jest w tym, że spory będzie rozstrzygał sąd? Czyżby pani rektor wiedziała, iż uczelnie mocno naginają przepisy i wielokrotnie działają nie do końca zgodnie z prawem, a teraz student miałby prawo je skarżyć oraz dochodzić sowich praw? Bo nie sadzę, aby uczciwy musiał się obawiać sądów. Tak, to może być ważki argument, gdyż znając z własnego doświadczenia to, co potrafi wyprodukować administracja wyższej uczelni, często się zastanawiam, że nikt jeszcze się nie zdenerwował i nie zaczął dochodzić swoich praw (sam miałem przypadek, w którym zarządzenie rektora w dużej mierze ograniczało ustawową swobodę wyboru np. lekarza, a w efekcie ograniczało, dostęp uprawnionych lekarzy do rynku uczelnianego). Może właśnie umowy byłyby jednym ze zbawiennych kroków dla uzdrowienia technokratycznej biurokracji uczelnianej, przy której ZUS jest przyjaznym człowiekowi kurortem?

Pójdźmy dalej. Co do braku potrzeby podpisywania umowy na zapas, to pragnę przypomnieć, iż w zasadzie każda umowa jest podpisywana na zapas. Albowiem jej rolą jest nie tylko wykazanie zakresu obowiązków i praw obu stron, ale jednocześnie zabezpieczenie tychże dla obu stron, na wypadek komplikacji lub nieuczciwości jednej z nich. Czyli na de facto zapas. Przecież tylko nikły procent umów jest później wykorzystywany właśnie w dochodzeniu zawartych ustaleń. Reszta nie. Gdybyśmy się nie obawiali o możliwość nie wywiązania się ze zobowiązań drugiej strony, to umowa nie była by nam potrzeba. Czyli, że nie bardzo wiem, o co pani profesor chodzi. Zdaje się o nic ważnego. Problemu określania obowiązków studenta w umowie (skoro są tam i obowiązki uczelni) zupełnie nie pojmuję. Przecież nigdzie nie ma mowy o tym, że uczelnia nie ma prawa takich zapisów wprowadzić. Wolna wola. Jak będą zbyt restrykcyjne, to znajdzie się uczelnia z lepszymi i tam pójdą ludzie studiować.

Myli się jednak poważnie pani rektor mówiąc, że skoro studenci studiują za pieniądze publiczne to Szanowna Pani ma prawo w umowie zmusić ich do uczenia się. Kompletna nieprawda. Pieniądze publiczne, nie są pieniędzmi wypracowanymi przez panią rektor czy też uczelnię lub samo państwo. Te instytucje niczego nie produkują, więc nie generują zysków. Wydają pieniądze budżetowe. Pieniądze, za które student studiuje, to są pieniądze, jakie na naukę konfiskuje nam w podatkach rząd (ba część z nich i tak przejada, nie dając nam w ogóle możliwości decydowania jak i gdzie je wykorzystać). A więc płacą je także rodzice każdego studenta i to przez całe życie zawodowe. Płacił je też będzie, tak samo (niestety) i ten nieszczęsny student. Nie są więc żadne wirtualne pieniądze państwa, ani uczelni, tylko tego studenta i jego rodziców (i tak państwo pobiera od nich więcej niż wydaje na koszt kształcenia rzeczonego biedaka). Czyli summa summarum student, jeśli chce to może się uczyć, a jeśli nie, to nie. I związku z finansowaniem jego studiów mieć to nie może.

Inna sprawa to, to że powinien się uczyć dla własnego dobra, bo wiedza ma być jego kapitałem i gdyby płacił za studia nie w podatkach rodziców i kiedyś, później swoich, ale bezpośrednio z kieszeni to bardziej by tej świadomości doświadczał (a jednocześnie relatywny koszt jego studiów byłby mniejszy niż teraz, a rola decyzyjna jak wydać własne pieniądze niewspółmiernie większa). Zresztą jak się nie uczy to nie musi uczelni kończyć.

I ostatnia wątpliwość Szanownej Pani Profesor: umowy zwiększą biurokrację. Tu ubawiłem się setnie (jak zapewne każdy, kto zetknął się uczelnia wyższą i jej strukturą administracyjną). Szanowna Pani Rektor, w tej biurokratycznej piramidzie, jaką jest każda uczelnia, ta jedna i to akurat dość istotna umowa, będzie kroplą w morzu różnego rodzaju nie tylko zbędnych, ale też najzwyczajniej głupich i ośmieszających uczelnie przepisów, dokumentów, okólników oraz zarządzeń. W świecie, gdzie nawet zakup ołówka lub papieru toaletowego przechodzi biurokratyczną procedurę zamówień, to jak igła w stogu siana.

Ale zapytam się jeszcze, tak na koniec, skoro wyraziła pani rektor troskę o przerost uczelnianej biurokracji: ile i jakich działań podjęła pani w swojej kadencji, aby zmniejszyć ten stan rzeczy i ulżyć studentom oraz pracownikom, czyli de facto także sobie? U mnie na uczelni zamiast zmniejszenia biurokracji, gołym okiem widać wyraźny jej wzrost (znajomi z innych uczelni też to wyraźnie zauważają). Nie sądzę, więc aby w Warszawie był jedyny chlubny wyjątek od tej reguły. Ale obym się mylił.

Konkludując, wszelkie obawy i wątpliwości wyrażone przez panią profesor, zdają się wynikać nie z jakichś realnych przesłanek, a jedynie z obawy o własną wygodę uczelni oraz tego, że skostniała tkanka uczelnianej machiny miałaby przez przypadek szansę zostać zweryfikowana. A to mogłoby przerosnąć możliwości jej spokojnego trwania. Zaś rewolucja w świecie technokratycznych wyznawców papierów, to zapewne dla rektora rzecz straszna.

Dlatego w czasach, gdy każe się nam hurtowo nadawać tytuły licencjata (kompletne pomylenie z poplątaniem np. w archeologii prawo do wykonywania zawodu ma tylko osoba, która ma tytuł magistra i posiada udokumentowane 12 miesięcy praktyki terenowej odbyte po obronie tegoż tytułu; pytanie za 100 punktów: co może robić człowiek z licencjatem z archeologii? To samo, co z samą maturą – iść do pośredniaka lub pojechać do Anglii na zmywak; przy czym tytuł magistra, w tym kraju, nie chroni także jednoznacznie przed taką wycieczką; nie tylko w archeologii) i magistrów (ostatnio także doktorów). W czasach, kiedy mówi się nam, że nie mamy kształcić naukowców, ludzi inteligentnych i mądrych, ale produkować ludzi na rynek pracy, aby ratowali bankrutujący system emerytalny, którego reformowanie przerosło uśmiechniętego geniusz z Gdańska (czyli nadawać tytuły w zasadzie każdemu kto ma chęć, naginając wszelkie normy i zasady, tylko po to, aby Pani Minister i Pan Premier pochwalili się w Brukseli ilu to mądrych Polaków mamy. To może wszelkie tytuły nadawajmy losowo zaraz po urodzeniu w szpitalu? Wyjdzie taniej, bo uczelnie będzie można zamknąć) walczmy, choć o te umowy.

Niech uczelnie zrozumieją, że nie uciekną od rynku. Że dokładnie tak jest, jak nie chcą aby było: oferują pewien towar – wykształcenie i wiedzę, więc muszą o klienta zawalczyć oraz zabezpieczyć i jego i siebie stosowna umową. Na szczęście rynek weryfikuje wszystko i nie ulega zaklinaniom żadnych naukowców, twórców, ludzi tzw. kultury czy premierów. Zawsze stawia na swoim.

dr Bartosz Józwiak

prezes Unii Polityki Realnej

Adiunkt w Instytucie Archeologii Uniwersytetu Gdańskiego

źródło: rebelya.pl


Skomentuj